|

Wojna w dobie globalnej wioski

⏱️ Szacowany czas czytania: 6 min

Współczesna wojna stała się wyreżyserowanym obrazem na ekranie naszych smartfonów. Zamiast przerażającej rzeczywistości oglądamy estetyczne, wyreżyserowane widowisko w jakości 4K. Czy potrafimy jeszcze dostrzec wojenne cierpienie cywilów, czy jesteśmy jedynie pionkami w medialnej grze o nasze emocje?

Świat idzie do przodu i trudno temu zaprzeczyć – to zdanie, które napisałem kiedyś w kontekście rewolucji technologicznej, dziś nabiera dla mnie zupełnie nowego, nieco mroczniejszego znaczenia. O ile premiera pierwszego iPhone’a zmieniła sposób, w jaki przeglądamy internet, o tyle rozwój mediów cyfrowych zmienił fundamentalnie to, jak „konsumujemy” najbardziej drastyczne zjawisko ludzkości: wojnę. Bo, powiedzmy sobie szczerze – dla większości z nas wojna nie jest już zapachem prochu czy fizycznym strachem, ale właśnie „tekstem”. Obrazem na ekranie, postem na X (dawnym Twitterze) czy perfekcyjnie zmontowaną relacją na TikToku. Zjawisko to nazwać można medialną tekstualizacją wojny.

Dokładniej mówiąc, medialna tekstualizacja wojny to zjawisko polegające na przekształceniu brutalnej rzeczywistości konfliktu zbrojnego w cyfrowy „tekst” – na przykład obraz na ekranie, krótki wpis czy perfekcyjnie zmontowaną relację w mediach społecznościowych. Jest to proces, w którym fizyczny wymiar walki zostaje zastąpiony przez wyreżyserowane i wyestetyzowane widowisko, służące celom propagandowym, perswazji oraz kreowaniu czarno-białej wizji świata. W efekcie tego zjawiska prawdziwa tragedia zostaje przefiltrowana przez ramy współczesnych mediów, co sprowadza wojnę do łatwej w konsumpcji treści i stopniowo znieczula odbiorców na rzeczywiste cierpienie.

Kiedyś, aby dowiedzieć się, co dzieje się na froncie, musieliśmy czekać na wieczorne wydanie wiadomości lub poranną gazetę. Dziś informacja wyprzedza oficjalne komunikaty armii. Jednak czy ta szybkość idzie w parze z rzetelnością? Wszyscy wiemy, jak bardzo szkodliwy jest zalew fake newsów i clickbaitów, jednakże w przypadku wojny ta gra staje się śmiertelnie niebezpieczna.

Wojna w mediach nigdy nie jest czystym przekazem faktów. To zawsze proces perswazji. Nie bez powodu warto tu wspomnieć o czasach bezpowrotnie minionych, czyli o socjalizmie i komunizmie. Wtedy tekstualizacja wojny służyła jednemu celowi: budowie mitu. Wojna w socrealistycznym wydaniu była heroiczna, niemal sterylna w swoim poświęceniu dla „sprawy”. Cywil, jeśli się pojawiał, był tylko tłem dla triumfującego proletariatu. Dziś mechanizmy są podobne, choć narzędzia inne. Każda strona konfliktu „tekstualizuje” rzeczywistość tak, by stworzyć obraz czarno-biały, w którym szeroko pojęci „my” jesteśmy bohaterami, a „oni” – barbarzyńcami. To czysta propaganda, która pod płaszczykiem newsa ma ulepić nasze poglądy.

Najbardziej przeraża mnie jednak to, co dzieje się z estetyką wojny. Obecnie, jakość kamer w naszych smartfonach osiąga standardy 4K. I właśnie w tej kinowej jakości oglądamy dziś śmierć. Nagrania z dronów, które niszczą czołgi, wyglądają niemal jak fragmenty gier komputerowych, gdzie każdy z Nas może wcielić się w rolę bezwzględnego żołnierza.

Grafika symboliczna, fot. East News

Dochodzi tutaj do przedziwnego paradoksu, przez który wojna staje się widowiskiem, spektaklem, który ma nas przyciągnąć przed ekrany. Obrazy są kompozycyjnie idealne, wybuchy mają w sobie coś z mrocznego piękna, a my, odbiorcy, powoli obojętniejemy. To „war porn”, gdzie tragedia zostaje odfiltrowana przez estetyczne ramy mediów społecznościowych. Czy to jeszcze jest relacja z piekła wojny, czy już tylko kolejna treść do przescrollowania między obiadem a kawą?

W tym wszystkim najłatwiej zapomnieć o tym, co najważniejsze – o etyce. Medialna tekstualizacja wojny ma to do siebie, że lubi skupiać się na wielkiej strategii, na ruchach wojsk i nowoczesnym sprzęcie. A gdzie w tym wszystkim jest człowiek?

Prawda o wojnie jest brutalna, najczęściej największymi poszkodowanymi są bezbronni cywile. To oni nie mają „rzecznika prasowego” ani dostępu do mediów, by opowiedzieć swoją historię. Ich cierpienie jest często używane jako karta przetargowa w medialnej grze. I tutaj pojawia się kluczowa rola korespondentów wojennych. To oni, z aparatem w ręku, stają przed dylematem: fotografować, czy pomagać?

Na koniec pozostaje mi tylko zadać pytanie, które często przewija się w moich rozważaniach: czy my, jako społeczeństwo wychowane w dobie internetu, jesteśmy przygotowani na taką formę przekazu? Obraz wydarzeń wojennych, który do nas dociera, jest często tak samo wyreżyserowany jak publiczne wystąpienia celebrytów czy polityków, a więc dany director starannie dobiera wszystkie składniki obrazu, który ma być Nam pokazany.

Podejrzane wydaje się to, jak łatwo dajemy się uwieść narracji, która pomija krew na rzecz efektownych wybuchów. Wojna to nie jest „amerykański blockbuster” z fajerwerkami. To strach, brud i śmierć osób, które z polityką nie mają nic wspólnego.

Moim zdaniem, dopóki nie nauczymy się patrzeć poza medialną ramę i nie zaczniemy szukać prawdy pod grubą warstwą estetyzacji, będziemy tylko pionkami w grze o nasze emocje. Wątpię jednak, że postawy gigantów medialnych jakkolwiek zmienią się w perspektywie najbliższej przyszłości.

Wszystkie bigtechy i redakcje są jednak nastawione przede wszystkim na zysk.

A, jak powszechnie wiadomo, nic nie sprzedaje się lepiej, niż krew, pot i łzy.

Red. Adrian Gawdzik

Współtwórz Przegląd Samorządowy

Spodobał Ci się ten artykuł? Zostań partnerem lub mecenasem naszego portalu. Docieraj z merytorycznym i profesjonalnym przekazem bezpośrednio do decydentów oraz liderów opinii na Pomorzu.

Porozmawiajmy o współpracy